Szkoła rodzenia jako PX idealny. Jak z „klienta” zrobić partnera w publicznym szpitalu

Natura bywa przewrotna. Poskąpiła mi macicy, wynagradzając ten brak solidnym wąsem, a co za tym idzie – biologiczną niemożliwością osobistego wydania potomstwa na świat. Tak się jednak złożyło, że wylądowałem w szkole rodzenia. A jako PR-owiec zawodowo związany z sektorem ochrony zdrowia, nie potrafiłem wyłączyć zawodowego oka. Zamiast bezrefleksyjnie ćwiczyć oddechy, zacząłem analizować ten proces przez pryzmat Patient Experience (PX). I mam z tych nauk masę wniosków.

„Kiedyś to nie było”, czyli dziecko w centrum wszechświata

Jestem głęboko przekonany, że moja mama do dziś nie do końca wierzy w moje relacje ze szkoły rodzenia. Bo jak wytłumaczyć komuś, kto rodził swoje pierwsze dziecko w 1990 roku, że dzisiejszy poród to doświadczenie zgoła inne?

Z biologicznego punktu widzenia – odliczając średni wiek rodzącej – nie zmieniło się absolutnie nic. Mały człowiek wita ten padół łez dokładnie w taki sam sposób, w jaki czyni to homo sapiens od początku swojej ewolucji. Drastycznie zmieniła się jednak kultura.

Jeśli zapamiętałem cokolwiek z socjologii rodziny, to właśnie fundamentalną zmianę roli dziecka. W ciągu ostatnich dekad przesunęło się ono z pozycji „dodatku do życia dorosłych” w samo epicentrum ich egzystencji. Obrazowo: dawniej rodzice szli do znajomych, zabierając dziecko ze sobą jako pasażera. Dziś rodzice całkowicie przemeblowują swój kalendarz, by trzylatek zdążył na tenis, francuski, terapię integracji sensorycznej i warsztaty garncarstwa prowadzone przez tybetańskich mnichów. Skoro życie dziecka stało się centrum wszechświata rodziny, siłą rzeczy musiał zmienić się też sam poród.

Weźmy takie przecięcie pępowiny. Zabieg czysto medyczny stał się dziś doniosłym wydarzeniem i rytuałem przejścia. W myśl kalki z amerykańskich filmów, domyślnie przypisuje się tę rolę ojcu. Moja mama nawet nie wie, kiedy i kto przeciął jej pępowinę. Dziś to wspólna (nomen omen) decyzja rodziców. A różnic jest znacznie więcej.

Rodzimy razem, czyli syndrom wicia gniazda

Mój szwagier, wprowadzając mnie w arkana wiedzy o ciąży, uzmysłowił mi istnienie syndromu kuwady (zwanego też ciążą współczulną). To fascynująca przypadłość, która objawia się występowaniem symptomów ciążowych… u przyszłego ojca.

Sam utożsamiam się raczej z klasycznym stereotypem faceta, który w trzecim trymestrze dostaje nagłego amoku, biega z wałkiem i maluje całe mieszkanie, by wszystko było gotowe na przybycie noworodka. Występowanie fizycznych objawów ciąży u mężczyzn traktuję więc bardziej w kategoriach przyrodniczej ciekawostki, ale faktem jest, że wielu panów doświadcza stanów somatycznych wywołanych psychologicznym pragnieniem wejścia w ten proces całą parą.

Zapytajcie własnych matek, babć czy starszych sióstr, jaka była rola ojca przy porodzie dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Z relacji, które ja zebrałem, wyłania się jasny obraz: szanowny pan ojciec widział dziecko przez chwilę, najwcześniej dzień po porodzie. Jego rola ograniczała się do zorganizowania transportu „taryfą” lub własnym dużym fiatem pod szpital i odebrania rodziny.

Dziś tradycyjna „pępkówka” – czyli legendarne picie wódki z kolegami z pracy w czasie, gdy partnerka leży na porodówce – niemal całkowicie ustąpiła miejscom porodom rodzinnym. Współczesny partner może być obecny przez cały czas. Niczym w hollywoodzkim kinie, instruuje, jak oddychać, masuje plecy, wachluje i wspiera. Nie oceniam, czy to zmiana na dobre, czy na złe. Z perspektywy ewolucji społecznej fascynujące jest jednak to, jak poród z wydarzenia stricte medycznego i kobiecego stał się produktem marketingu doświadczeń – „wspólnym przeżyciem”.

Szkoła rodzenia jako wzorcowy Patient Experience

Szkoła rodzenia to nie jest kolejna marketingowa wydmuszka, ale genialnie zaprojektowane narzędzie. Współczesne kobiety rzadko mają takie doświadczenie w opiece nad niemowlętami, jakie posiadały ich matki czy babki. Model rodziny się skurczył. Częścią dzieciństwa pokoleń X czy Y nie była już opieka nad chmarą młodszego rodzeństwa, kuzynów i dzieci sąsiadów. Nie można więc oczekiwać, że dzisiejsza kobieta zachodząca w ciążę będzie miała te skryte, „wrodzone” kompetencje. Żyjemy po prostu w innej cyfrowej dżungli, która niesie ze sobą zupełnie inne zagrożenia.

Wybraliśmy poród w Szpitalu św. Zofii na Żelaznej w Warszawie i tam też zapisaliśmy się do szkoły rodzenia. Pisząc te słowa, zdałem sobie sprawę, że i ja stałem się częścią tego systemu. Moje podejście? Rodzi moja żona, ja jestem tam głównie dla towarzystwa i wsparcia logistycznego – i tego poglądu będę się trzymał.

Sama szkoła rodzenia pozytywnie mnie zaskoczyła. Wbrew stereotypom, to nie jest godzinne, nudne machanie nogami i nauka sapania. To potężny blok edukacyjny: 7 trzygodzinnych spotkań napakowanych twardą wiedzą. Porównując to ze szkoleniami branżowymi, w których regularnie uczestniczę, to gigantyczna porcja czasu. Certyfikowane kursy marketingowe trwają dzień lub dwa. Tutaj przez blisko miesiąc otrzymujesz skondensowaną wiedzę od położnych, które z dużym prawdopodobieństwem spotkasz później na oddziale. I muszę przyznać – to świetnie przygotowane, pełne pasji i autentycznego zaangażowania profesjonalistki.

Największym, wręcz podręcznikowym zaskoczeniem z zakresu zarządzania doświadczeniem pacjenta był dla mnie Plan Porodu. To oficjalny dokument, który pozwala placówce publicznej dostosować się do indywidualnych potrzeb rodzącej jeszcze zanim ta trafi na izbę przyjęć. Mówimy o państwowym szpitalu, który w ramach PX czarno na białym wykłada karty na stół: rodzaje porodów, dostępne znieczulenia, techniki łagodzenia bólu i udogodnienia, z których pacjent może (i ma prawo) skorzystać.

Szkoła rodzenia to nie jest benefit działający tylko w jedną stronę. To mądrze zaprojektowany proces, który służy przede wszystkim samej placówce medycznej. Edukacja eliminuje strach i buduje optymalne nawyki. Rodzice wchodzący na oddział wiedzą, jak wyglądają procedury, czego się spodziewać i jak przebiega fizjologia porodu. Od trywialnej wiedzy o tym, do której torby spakować koszulę i gdzie partner może zrobić sobie kawę, po rzeczy ratujące zdrowie i życie.

Wiedzieliście na przykład, że jeśli noworodek przez godzinę „słodko sobie mruczy” w łóżeczku, to wcale nie musi być objaw błogostanu, ale symptom poważnych problemów oddechowych? Ja nie wiedziałem.

I to jest właśnie esencja wzorowego Patient Experience. Szkoła rodzenia tworzy „świadomych pacjentów”, którzy wyposażeni w rzetelną wiedzę potrafią sprawnie i bezpanicznie współpracować z personelem medycznym. W tym unikalnym ekosystemie wygrywa każdy: rodząca kobieta, przejęty ojciec, ich dziecko oraz sama placówka, która zamiast przerażonych, roszczeniowych klientów, zyskuje przygotowanych do drogi partnerów.

Karmi? Karmi, ale najpierw się napije

Na koniec mała dygresja retro. Karmi to jeden z pierwszych masowych produktów piw bezalkoholowych (a raczej niskoalkoholowych), jakie zagościły w świadomości Polaków. Pamiętam, jak dwadzieścia lat temu, odwiedzając na oddziale położniczym mojego nowo narodzonego brata, widziałem kobiety pijące ten napój dosłownie litrami. Ówczesny marketing i obiegowa mądrość głosiły, że zawarty w nim słód wybitnie stymuluje laktację. Dziś na Żelaznej nikt już Karmi na pobudzenie pokarmu nie zaleca.

Ciekawe, jakie medyczne i kulturowe ciekawostki zapamiętam z oddziału tym razem. Jedno jest pewne – z perspektywy marketingu i PX, współczesne położnictwo odrobiło lekcję na piątkę z plusem.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *