Encyklopedia czy pole bitwy? Drugie dno Wikipedii i iluzja cyfrowej prawdy

Wszystko zaczęło się od audycji radiowej, której słuchałem z nieskrywaną ciekawością. Jej tytuł brzmiał: „Dziś Dzień Wikipedii. Początki nie były miłe”. Jednak to nie trudne początki portalu przykuły moją uwagę, ale fundamentalne pytanie, które padło na antenie: czy współczesna Wikipedia to wciąż zbiór rzetelnych haseł, czy już tylko arena niekończących się dyskusji i wojen edytorskich?

Z perspektywy przeciętnego użytkownika – kogoś, kto po prostu szuka szybkiej informacji i nigdy nie zagląda za kulisy forów dyskryminacyjnych – problem jest znacznie poważniejszy. Sprowadza się do prostego pytania: czy to, co widzę na ekranie, to obiektywny fakt, czy jedynie dobrze ugruntowana opinia?

Wikipedia bezpowrotnie zmieniła oblicze internetu. Stała się ikoną popkultury i zmonopolizowała nasz sposób myślenia o wiedzy. Nic więc dziwnego, że wokół tak potężnego narzędzia regularnie wybuchają kontrowersje.

Relatywizm poznawczy i duch Wielkiej Encyklopedii

Kluczowym wyzwaniem współczesności jest umiejętność oddzielenia lokalnego punktu widzenia od ordynarnej postprawdy czy fake newsów (jak zwykliśmy nazywać zwykłą bujdę). Czy mechanika Wikipedii sama w sobie generuje nieścisłości? Moim zdaniem w niewielkim stopniu. Prawdziwym problemem jest człowiek i jego skłonność do relatywizmu.

Posłużmy się klasycznym przykładem z historii. Dla nas i dla większości świata początek II wojny światowej to 1 września 1939 roku – agresja III Rzeszy na Polskę. Jednak w oficjalnej, zarówno historycznej, jak i współczesnej narracji rosyjskiej, ten konflikt zaczyna się dopiero w czerwcu 1941 roku, wraz z atakiem na ZSRR. Czy to oznacza, że tak potężne i drobiazgowo udokumentowane wydarzenie historyczne można bezkarnie zamknąć w nawiasie relatywizmu?

Oczywiście dawne Politbiuro nie miało dostępu do internetu. Jednak próby tworzenia alternatywnych wersji rzeczywistości za pomocą źródeł encyklopedycznych to żadna nowość. Reżimy od zawsze pisały historię na nowo – wystarczy wspomnieć chociażby Wielką Radziecką Encyklopedię. Ten sam mechanizm kreowania „prawd alternatywnych” bez trudu adaptuje się dziś na łamach Wikipedii.

Eksperyment za kilka złotych, czyli jak kupić „prawdę”

Aby zrozumieć, jak łatwo zmanipulować ten rzekomo demokratyczny, internetowy porządek, przeprowadziłem kiedyś mały eksperyment. Na jednym z portali ogłoszeniowych wpisałem w wyszukiwarkę słowo „like”. Moim oczom ukazała się masa ofert oferujących polubienia, udostępnienia i sztuczne reakcje na Facebooku. Koszt? Kilka złotych za sto „lajków”. Znalazłem nawet darmowy pakiet testowy.

Cała procedura – od momentu płatności do pojawienia się reakcji – zajęła mi zaledwie 10 minut. Co najbardziej uderzające, profile, które polubiły wskazany przeze mnie status, wyglądały niesamowicie autentycznie. Nie miałem pewności, czy były to konta skradzione, czy boty działające w tle profili niczego nieświadomych użytkowników. Cały proces był w pełni legalny i praktycznie niewykrywalny dla algorytmów.

Mój test był darmowy i trwał chwilę. Jeśli jednak zwykły internauta może w kilka minut zasymulować organiczne zaangażowanie, wyobraźmy sobie, czym dysponują profesjonalne grupy nacisku i środowiska lobbingowe. W przypadku Wikipedii nikt nie musi przekupywać autorów ani finansować nierzetelnych badań naukowych. Wystarczy sprawny algorytm, który wygeneruje armię cyfrowych „ekspertów” gotowych przegłosować i obronić każdą, nawet najbardziej absurdalną edycję hasła. To nie jest problem wyłącznie tego jednego portalu – to diagnoza kondycji współczesnego internetu, w którym rzetelność stała się towarem deficytowym.

Romantyczna lokalność kontra algorytmy

W dyskusjach o Wikipedii często pojawia się teza, że jest ona jedynie „wersją demo” konwencjonalnych encyklopedii. Nie zgadzam się z tym. Podręcznik do szkoły zawodowej nie jest gorszą wersją podręcznika z liceum ogólnokształcącego – zmienia się profil i charakter wiedzy, a nie jej jakość. Spróbujmy zapytać socjologa o rodzaje połączeń stolarskich, a szybko wprawimy go w zakłopotanie.

To profilowanie haseł tworzy unikalną „lokalność” Wikipedii, choć słowo to nie odnosi się tu do geografii. Doskonałym przykładem jest wersja tworzona w języku esperanto, która – co ciekawe – znajduje się w pierwszej dwudziestce globalnego rankingu pod względem liczby artykułów. Jej specyfika polega na tym, że w wielu ogólnych hasłach (jak choćby Vegetarismo – wegetarianizm) autorzy skrupulatnie dopisują wątki dotyczące udziału esperantystów w danym ruchu. Z jednej strony to piękna, oddolna i wręcz romantyczna idea niesienia kaganka oświaty w mikroszczęśliwych społecznościach. Z drugiej – dowód na to, jak mocno treść zależy od punktu siedzenia piszącego.

Przyszłość w barwach komercji i tabloidu

Mimo swoich niezaprzeczalnych zalet, Wikipedia nie jest i nigdy nie będzie źródłem naukowym. Na jej wpisy zawsze musimy patrzeć przez pryzmat niedoskonałości systemu weryfikacji. Tradycyjnych edytorów-biurokratów powoli wypierają boty, a mechanizmy obronne portalu stają się bezradne wobec nowoczesnej technologii.

W jakim kierunku zmierza Wikipedia? Widzę dwa główne scenariusze i żaden z nich nie napawa optymizmem:

Scenariusz pierwszy: Komercjalizacja i uładzony język korporacyjny. Wikipedii zwyczajnie nie stać dziś na ryzykowne procesy sądowe. Jeśli algorytm lub autor opublikuje niewygodną prawdę, która naruszy dobre imię potężnej marki, portal natychmiast ugnie się pod naciskiem prawników. Prawda przegra z budżetem kryzysowym.

Scenariusz drugi: Tabloizacja. Portal już teraz tonie w morzu niechlujnych, nikomu niepotrzebnych wpisów. Hasła wokół tematów erotycznych zyskują charakter niemal instruktażowy, a tytuły artykułów zaczynają przypominać klasyczne clickbaity – czego świetnym przykładem są opasłe, generujące gigantyczny ruch eseje o wegetarianizmie Adolfa Hitlera.

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że na wojnie najpotężniejszą bronią jest informacja. Wikipedia stała się powszechnie dostępnym, masowym i wciąż słabo uregulowanym prawnie orężem. Właśnie dlatego na każdy jej produkt patrzę dziś okiem niepoprawnego sceptyka.

Wikipedia w rękach PR-owca

Spójrzmy prawdzie w oczy: Wikipedia to nie tylko statyczna encyklopedia. Jeśli przyjrzymy się tętniącym życiem, zakulisowym dyskusjom oraz tarciom wewnątrz społeczności edytorów, zdamy sobie sprawę, że to pełnoprawne – i to niezwykle wpływowe – medium społecznościowe. I jak każde potężne medium, stanowi ono kluczowe narzędzie w pracy PR-owców. Oczywiście, wszystko rozbija się o etykę. Specjaliści grający czysto działają w sposób transparentny: sugerują merytoryczne poprawki na stronach dyskusji, prostują nieścisłości i uzupełniają brakujące, poparte źródłami fakty o swoich klientach. Z kolei ci z „ciemnej strony mocy” bezwstydnie preparują rzeczywistość, tworząc wyrafinowane fake newsy, które później bezkrytycznie powielają dziennikarze oraz liderzy opinii, traktujący Wikipedię jako instancję ostateczną.

Stawka w tej grze jest ogromna, ponieważ Wikipedia to jeden z największych hubów uwagi w historii internetu. Dziś jej potęgę napędza już nie tylko klasyczne SEO. Generatywne silniki wyszukiwania oraz modele sztucznej inteligencji wręcz kochają ten serwis, ponieważ nauczły się poruszać po jego strukturze z olbrzymią sprawnością. Budowanie odpowiedzi dla użytkowników chatbotów w oparciu o ustrukturyzowane dane z Wikipedii to dla twórców AI gigantyczna oszczędność tokenów, które w cyfrowej gospodarce stały się realną, twardą walutą. Nieuczciwi gracze doskonale o tym wiedzą – infekując jedno hasło w encyklopedii, automatycznie ustawiają narrację w tysiącach odpowiedzi generowanych przez sztuczną inteligencję na całym świecie.

Czy to jednak zupełnie nowa choroba naszych czasów? Niekoniecznie. Wystarczy zajrzeć do zasobów Polony (Cyfrowej Biblioteki Narodowej), by wertując skany eksperckich książek sprzed stu lat, szybko natrafić na ślady ówczesnych „bajkopisarzy”. Mechanizm manipulacji zbiorową świadomością od wieków pozostaje ten sam. Różni się jedynie technologia – sto lat temu największą przewagą i barierą wejścia był fizyczny dostęp do maszyn drukarskich. Dziś tymi maszynami stały się boty, algorytmy i armie cynicznych konsultantów. W tym całym technologicznym wyścigu zbrojeń niezmienny pozostaje tylko jeden punkt odniesienia: prawda. Bo w świecie pełnym wykreowanych szumów i syntetycznych narracji, ostatecznie tylko ona jest naprawdę ciekawa.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *