40 dni bez mediów społecznościowych. Czego nauczył mnie cyfrowy post?

Post ma prawdziwy sens tylko wtedy, gdy rezygnujemy z czegoś, bez czego na co dzień trudno nam funkcjonować. Nie jem mięsa, nie przepadam za słodyczami, a drzwi siłowni otwieram zdecydowanie częściej niż butelkę piwa. Z czego więc mógł zrezygnować ktoś taki jak ja?

Fotka.pl, Grono, Nasza Klasa, Facebook, Google+, Instagram, Twitter, X, LinkedIn… Przez ostatnie dwadzieścia lat byłem stale obecny na większości portali społecznościowych. Z natury uwielbiam „wiedzieć” i „dowiadywać się”. Jeśli jakiś temat mnie zaintryguje, potrafię niemal nałogowo poszerzać horyzonty, wpadając w niekończące się ciągi informacji. Dlatego postanowiłem powiedzieć: sprawdzam.

Zasady gry
Zasady, które sobie narzuciłem, były proste, ale rygorystyczne:

  1. Całkowite odcięcie: Zero Instagrama, Facebooka, X oraz LinkedIna.
  2. YouTube na ścisłej diecie: Jeśli musiałem obejrzeć jakiś tutorial, włączałem wyłącznie ten jeden, konkretny film. Żadnych Shortsów, żadnego przewijania karty „Dla Ciebie”.
  3. Obecność bez ułatwień: Nie odinstalowałem ani jednej aplikacji. Chciałem trenować silną wolę, a nie uciekać przed ikonami na ekranie telefonu.
  4. Wyjątki: Jedynym odstępstwem od reguły były uzasadnione sytuacje stricte zawodowe.

Co się wydarzyło, gdy zniknąłem?
Eksperyment przyniósł kilka zaskakujących wniosków, a zderzenie z nową, pozbawioną powiadomień rzeczywistością okazało się lekcją pokory wobec własnych nawyków. Szybko zauważyłem u siebie odruch bezwarunkowy – mimowolne sięganie po smartfon w każdej wolnej sekundzie i tak zwane „mikroswitche”, czyli bezcelowe przeskakiwanie między ekranami głównymi w poszukiwaniu ikon, których przecież miałem nie dotykać. Moja ręka sama szukała szybkiego strzału dopaminy. Przez pierwsze noce towarzyszyło mi zresztą dziwne, niekomfortowe uczucie, jakbym tuż przed snem zapomniał zrobić czegoś niezwykle ważnego. To klasyczny objaw odstawienia, który dobitnie uświadomił mi, jak mocno przebodźcowany był mój mózg.

Kiedy jednak minęły najtrudniejsze dni detoksu, zacząłem dostrzegać, czym w praktyce jest cyfrowy dobrostan. Uświadomiłem sobie, że FOMO (lęk przed tym, że coś ważnego mnie omija) to w dużej mierze iluzja. Świat kręcił się dalej i miał się tak samo (nie)dobrze, jak przed moim postem. Brak codziennej dawki wyselekcjonowanych urywków cudzego życia pokazał mi również, jak działają prawdziwe relacje. Algorytmy nie zastąpią zaangażowania – osoby, którym najbardziej zależało na kontakcie, po prostu wzięły do ręki telefon i zadzwoniły, by usłyszeć mój głos i zapytać, co u mnie.

Z biegiem czasu początkowy niepokój całkowicie wyparował, a jego miejsce zajął głęboki, niczym niezmącony spokój. Odzyskałem kontrolę nad własną uwagą i przestrzenią mentalną. Zamiast trwonić minuty na bezmyślne scrollowanie, zyskałem realny, namacalny czas. W efekcie wreszcie skończyłem kilka książek, na które wcześniej, rzekomo, „wiecznie brakowało mi czasu”. Ten post uświadomił mi, że świadome odłączenie się od sieci to często najlepszy krok, by na nowo podłączyć się do własnego życia.

Na zakończenie tego 40-dniowego detoksu postanowiłem zrobić mały test. Do kilku znajomych wysłałem krótką wiadomość:

“Cześć! Przez ostatnie 40 dni byłem całkowicie offline. Co ciekawego wydarzyło się u Ciebie w tym czasie?”

I wiecie co? Okazało się, że to najlepszy punkt wyjścia do prawdziwej rozmowy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *