20 lutego 2024 roku zmarł profesor Kazimierz Frieske. Wybitny socjolog, promotor mojej pracy magisterskiej, z którym spędziłem godziny okołosocjologicznych rozmów. Postać wielowymiarowa, nietuzinkowa i często nierozumiana. Oczekującym grzecznej laudacji odradzam czytanie tego tekstu.
Pogrążonej w bólu rodzinie, składam najszczersze wyrazy współczucia.
Wampir socjologii
Bo widzicie moi Państwo, każda odkryta społeczność dzieliła czas na dwa. Okres pracy i okres rozmaitych harców, czyli odpoczynku.
Przeszło sto lat temu, gdy kinematografia stawiała pierwsze, nieśmiałe kroki do pokazów kinowych wszedł film Wampir Nosferatu (1922). Odtwórca głównej roli, Max Schreck był tak przekonywujący, że publika opuszczająca seanse podejrzewała go o bycie prawdziwym wampirem. Podobne wrażenie wśród studentów zrobił profesor Kazimierz Frieske na pierwszych zajęciach.

Był to jego, a także mój pierwszy semestr na Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. W istocie, w 2017 roku budynek uczelni przypominał kryptę. Stary, zaniedbany, dziwnie pachniał, a październikowy wieczór nie dodawał mu uroku.
Większa część roku znała się ze studiów licencjackich, więc rozmowy były gwarne i ożywione. Gdy Kazimierz Frieske wszedł do sali, zapanowała grobowa cisza. On, nic sobie z tego nie robiąc w podszedł do biurka, zdjął płaszcz i kapelusz, po czym zachrypniętym, ale dźwięcznym głosem powiedział “Dzień dobry, Państwu”. Pomimo wieku poruszał się niezwykle energicznie, wręcz pewnie i nonszalancko. Mówił w sposób otwarty i zdecydowany. Był wysoki, postawny i pewny siebie. Gdyby nie sweter, i zawiązany pod szyją fular mógłby być emerytowanym wojskowym, albo prezesem korporacji szukającym uciechy w notowaniach giełdowych. Pachniał intensywnie klasyczną wodą kolońską, której zapach długo unosił się na korytarzu świadcząc o obecności “wampira” na uczelni.
To zabawne, że sekundy, których potrzebował od wejścia do sali do biurka wystarczyły, by wszyscy zrozumieli, że nie będą to ławe zajęcia. Wtedy też polubiłem profesora.
O rzeczywistości bez złudzeń
A to dobre pytanie Sebastianie. Studenci socjologii na UW są zgoła inni. Dzielą się na tych, którzy od początku prą do korporacji, lub zainteresowani są jakimiś współczesnymi ruchami, jakąś ideologią. Wy na APSie, jesteście tacy bardziej swojscy, trochę niedzisiejsi.
Wydawać, by się mogło (ulubiony zwrot profesora), że na uczelniach panuje dziwna umowa społeczna. Wykładowcy, udają, że wykładają, a studenci, że studiują. Ci pierwsi zadadzą jakieś prace, które studenci od niechcenia wykonają “by zaliczyć”. Jedni mają wpis w ususie, drudzy dobre oceny od studentów. Nie z Kazimierzem te numery.
Nie pamiętam nazwy przedmiotu, który prowadził prof. Kazimierz Frieske. Pamiętam za to sposób prowadzenia zajeć. Co zajęcia profesor podawał nazwę matertiału źródłowego i listę pytań, na które należało udzielić odpowiedzi i wysłać je mailem na dwa dni przed zajęciami. Na kolejnych zajęciach odpowiedzi były referowane przez KF przed całą grupą. Nie było możliwości ściągania, pisania na kolanie przed zajęciami czy pobierania gotowców z internetu. Reakcje grupy były łatwe do przewidzenia, co tylko zwiększało moją sympatię do profesora.
Lata akademickiej pracy, rzesze studentów, badań i precyzyjne obserwacje profesora nie pozostawiały złudzeń, że dzisiejsze szkolnictwo wyższe jest drukarnią dyplomów, i sposobem, by zatrzymać młodych, zdolnych do pracy ludzi w szkolnych murach ciut dłużej. Nie miało to żadnego wpływu na to jak swoją pracę wykonywał Frieske. Nie traktował socjologii jak misji, nie patrzył jak wielu jego kolegów po fachu, na społeczeństwo z góry. Był jednocześnie przebojowy, ekscentryczny, ale i skromny.
Bez złudzeń, ogólników, i politycznej poprawności. Z taktem, klasą, ikrą i poczuciem humoru. To właśnie przebijało się z wypowiedzi profesora. I nie mam na myśli losowych anegdot, a prace naukowe i komentarze dotyczące rzeczywistości. Już tytuł jego podręcznika do Socjologii Biedy; Zamienić Porshe na gorsze mówi nam wiele o podejściu KF do sztywnych ram akademickiego dyskursu. Nawet wypowiedzi na temat sytuacji politycznej w kraju, które zazwyczaj polaryzują towarzystwo, pokazywały jaką rolę jako obrał sobie w życiu Kazimierz Fireske. Być nieustępliwy i wierny rozumowi. Bo tylko prawda jest ciekawa.
W wolnych chwilach tłumaczy literaturę rozrywkową, m.in.biografię Księżnej Diany, zajmuje się żeglarstwem i remontowaniem nieustannie cieknącego jachtu oraz hodowlą świerka, psa Gacka, żony i dwóch synów.
Cóż. Wiedział on, że i tak nikt tego nie przeczyta. Nikt tego nie sprawdzi, więc czemu nie pokusić się o żart… Panie profesorze, raczej mnie Pan o to nie podejrzewa, ale sprawdziłem.
Papierosy
KF: Nie pogniewaj się Sebastianie, ale po Twojej twarzy widać, że nie jesteś z Warszawy.
S: Dziękuję. To w zasadzie komplement.
KF: No niestety.
Ogromnym nietaktem współczesności jest ciosanie rzeczywistości do pop rozmiaru. A rzeczywistość jest ciekawa właśnie poprzez swoją różnorodność, a nawet skrajności. Nietakt ten popełniany jest nader często względem ludzi zmarłych, czego dowodem jest głupie porzekadło O zmarłych dobrze, albo wcale. Zazwyczaj nabiera to karykaturalnej formy, gdzie o zmarłych mówi się nic nie znaczącymi ogólnikami odbierając im prawo do życiorysu.
Profesor Kazimierz Frieske nie był entuzjastą tego co dziś nazywamy zdrowym stylem życia. Palił czerwone Marlboro, ale nie marka papierosów jest tu ważna, a majestat z jakim to czynił. Na najstarszych zdjęciach jakie znalazłem profesor ma nie tylko czuprynę, ale i papierosa – zgaduję więc, że nałóg ten towarzyszył mu przez większość życia. Mimo to, każde zaciągnięcie się papierosowym dymem następowało z pewną celebracją, nie pospiesznym rytuałem, co sprawiało mu autentyczną radość. Wiem o tym, bo biernie wypaliłem z nim wiele papierosów w małym gabinecie na ostatnim piętrze APSu. Ale jak do tego doszło?

Po pierwszym semestrze nadszedł czas wyboru promotorów naszych prac magisterskich, którzy według uczelnianych założeń przez trzy semestry mieli za zadanie wspierać nas w naukowym poznawaniu rzeczywistości. Moi znajomi kierowali się tym, u kogo “pisze się” najłatwiej i kto robi najmniej problemów. Moim naturalnym wyborem był człowiek stojący w opozycji do tych założeń, mający do powiedzenia coś z czym się nie zgadzam – Kazimierz Frieske.
Byłem jedynym chętnym, mimo to grupa się utworzyła ponieważ automat przepisał 20 osób, które zapisały się na studia dla zniżek, a nie uczęszczały na żadne zajęcia. Automat dodał też dwóch kolegów, których łączyła “warszawska przyjaźń”. Panowie niegdyś pili na imprezie plenerowej, a gdy jeden miał dość drugi zaopiekował się nim dzwoniąc po straż miejską, by ta zabrała delikwenta. Pobyt w izbie wytrzeźwień nie zacementował ich przyjaźni. Nie zrobiło tego także seminarium z profesorem Frieske.
Mógłbym powiedzieć, że byliśmy dziwnym tercetem, ale rozpadliśmy się po kilku próbach. Kolega pracujący w agencji marketingowej, w za ciasnych koszulach i butach New Balance, który podczas wykładów tukał maile do kientów. Drugi, typowy nerd interesujący się kryptowalutami, sposobami na zwiększenie możliwości intelektualych poprzez farmację, a także dla równowagi amerykańskimi PUA. Zostalem i ja, dumny idealista szukający ideaów, niezdarnie stawiający pierwsze kroki na rynku Public Relations. Pierwszy kolega zrezygnował sam, ze względu na konieczność stricte akademickiej pracy umysłowej. W pełni to rozumiem, będąc w trybie zadaniowym, trudno jest przestawić się na dydaktyczne seminaria i eksperymenty myślowe. Paradoksalnie, drugi kolega zrezygnował ze względu na owe eksperymenty myślowe. W czasie jednej z rozmów nad istotą jego planu na pracę magisterską, profesor dopytywał o jego przemyślenia i motywacje. Zdaje się, że był pierwszym człowiekiem, który zainteresował się intelektualnymi poczynaniami mojego kolegi. Jak się okazało, za fasadą “pasjonata” nie kryło się nic, nawet rozumienie pojęć. Kolega skończył seminarium ze łzami w oczach i na prędce zmienił promotora.
Zabawne, że wystarczy pozwolić ludziom mówić, by się ośmieszyli. Raczej nie było to intencja profesora, nie zaprzeczę jednak, że utarcie nosa mojemu koledze mogło sprawić mu socjoogiczną satysfakcję.
Czy profesor Frieske mnie lubił?
Bierne palenie to mit, Sebastianie.
Czasami. Naszą przyjaźń oceniłbym jako “szorstką” i służbową. Kazimierz Frieske miał ze mną kłopot. Obydwoje wiedzieliśmy, że w u każdego innego promotora miałbym lekko i przyjemnie. Aktywny, pracowity student, elokwentny i zabawny rozmówca mógłby cieszyć swoją obecnością grupy seminaryjne, jednak on wybrał dym papierosowy i kąśliwe uwagi “starszego pana” w małym kantorku.
Chciałbym napisać, że nasze charaktery się ścierały, ale jako magistrant mogłem co najwyżej być bierny wobec profesora. Moja praca magisterska dotyczyła Wegetarianizmu w ujęciu socjologicznym. Na pierwsze zajęcia przyszedłem z gotowym planem pracy, a na kolejnych prezentowałem swoje postępy i przemyślenia. Jedną trzecią mojej pracy poświęciłem na rys historyczny, łączenie wegetarianizmu z różnymi nurtami politycznymi, a nawet religijnymi. Profesor Frieske wiedział, że jestem jaroszem ze względów ideologicznych, czuł się więc w obowiązku mówić “o tych Twoich rozmaitych hipsterach co żywią się trawą”, sennej erekcji psa na łódce czy znajomych biznesmenach dobrze zarabiających na tym całym trendzie. Te wszystkie przytyki, czynione z pełną klasą i estymą były wyrazem sympatii. Sympatii do młodego człowieka, który świadomie wybrał sobie takiego promotora i nie wiedząc czemu nie chce zrezygnować. I to jest chyba najlepszy dowód, że mnie lubił. Osoby, co do których czuł antypatię nie mogły liczyć na przytyki. Jeśli tym kluczem określać nasze stosunki, to profesor wręcz mnie uwielbiał.
A historii tego (Czerwonego) swetera i tak nie zrozumiesz
Widzisz Sebastianie, Ty nie masz tego drive’u. Nie interesuje Ciebie nauka, dla samej nauki. Ale nie mówię, że to źle.
Minister Maciej Gdula, jedna z twarzy polskiej lewicy napisał na swoim profil na X kondolencje:
Zmarł prof. Kazimierz Frieske. Był postacią niezwykle ważną dla @Karowa18 i refleksji nad problemami społecznymi. Zawsze w opozycji do dominujących trendów, konserwatywny, ale tez szukający sojuszy i wspólnych perspektyw z przeciwnikami. Wielka strata dla socjologii.🖤
Nigdy nie patrzyłem na profesora jak na wyznawcę jakiegoś politycznego nurtu, entuzjastę idei. Rzeczywistość traktował w sposób chłodny, będąc raczej jej obserwatorem, indywidualistą nie mającym intencji jej zmiany. Słowem – nie obiecywał gruszek na wierzbie, a jeśli jakiś mechanizm nie działał nie udawał, że jest inaczej.
Paradoks. Socjologia to zarazem świetne narzędzie do poznania świata i słabe do zarabiania pieniędzy. Jest to jedna z życiowych prawd, które starał się przekazać mi Kazimierz Frieske. Świat w swoim pędzie tworzy treści, które nie cieszą nawet twórcy. Nauka tworzy koncepcje, dla samej nauki. Naukowcy niczym cyrkowcy pokazują fikołki intelektualne na podaniach o granty do dziwnie brzmiących programów. Każdy chce przetrwać i jednocześnie złapać w swoje ryło jak najwięcej. Jest to smutna prawda, do której dochodzi większość intelektualistów. Bycie “ponad” dało im tylko flustrację. I tak dochodzi się do wniosków, że albo wciąż gra naukowca bo na przyuczenie do budowlanki jest za późno, albo szuka się flustracji wśród podobnych sobie. Profesor swoje przeżył, napisał, powiedział. Wpis ten jest trochę manifestem wobec bylejakości. Bo człowiek tego kalibru zasługuje na lepsze upamiętnienie. Nikit nie nagrał z nim podcastu, nie zrealizował filmu. A szkoda.
A skąd ten czerwony sweter? Kazimierz Frieske miał pewną zasadę, która czyniła z niego nie tylko wyśmienitego naukowca, ale i przenikliwego rozmówcę – próbował zrozumieć swojego oponenta. Nim wszedł w polemikę z inną osobą, szukał przyczyn logicznych tłumaczących te poglądy. Zazwyczaj jednak, za śmiałymi tezami nie kryło się nic więcej niż przypadkowe wchłoniecie idei, która zgadzała się ze światopoglądem mówcy. Wtedy twarz profesora stawał się czerwona jak jego sweter.
Wulgaryzmy i polewaczka
S: Panie profesorze, czemu Polska?
KF: (po chili namysłu). W latach 90. byłem z wizytą na jakimś sympozjum tu w Warszawie, które skończyło się o świcie. Gdy szedłem Krakowsim Przedmieściem, obok mnie przejechała polewaczka, taka co zamiata ulice. Wtedy też pomyślałem “Kurwa, jak tu jest pięknie”.
Wyżej wymieniony cytat pokazuje, że mistrz słowa jakim był Kazimierz Frieske, potrafił w sposób wręcz artystyczny operować wulgaryzmami.
Po pewnym czasie nasze rozmowy stały się bardziej zażyłe, co nie znaczy, że profesor nie próbował zniechęcić mnie do socjologii. W czasie spotkań słuchałem już nie tylko o “tych Twoich hipstersach co wolą trawę od befsztyku”, ale też o łódce, która ze względu na rodzinne wydatki musiała opuścić Morze śródziemne, by zwodować na mazurskich jeziorach.
W czasie jednego z seminariów do profesora, zadzwonił jego syn. Odebrał słowami: “Tak, synku?”. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że pod półpancerzem oschłości i intelektualnej maniery, kryje się czuły mężczyzna, ale o tym przekonać mogą się nieliczni.
Profesor Fireske pamiętał czasy majestatu nauki. O skutkach transformacji wiedział więcej niż inni. O biedzie, pieniądzach, pisał artykuły, książki, wygłaszał sympozja. Był pogodzony, a jednocześnie zawiedziony stanem tego co zbiorczo nazywamy edukacją. Na jego oczach, rocznik, za rocznikiem przychodziły rzesze coraz to gorszych studentów, którym świat proponował coraz mniej.
Na ostatnim seminarium zaprosiłem profesora na obiad, tuż po obronie. Był mile zaskoczony, ale przyjął zaproszenie. Wybrałem rzecz jasna wegańską knajpę. Czekałem na niego ponad godzinę, ale było warto. Zjedliśmy dobry lunch, rozmawialiśmy o życiu, historii i sprawach społecznych.
S: A czemu Warszawa?
KF: Widzisz, zaproponowano mi, objęcie katedry gdzieś na Śląsku. Oferta dobra finansowo i dostałbym nawet takie ładne mieszkanie kamienicy. Ale jeśli rektor dla przykładu spółkowałbym z moją żoną, co wtedy? Tam nie ma więcej pracy socjologów!. Więc Warszawa.
To była nasza ostatnia rozmowa. Jak na ironię zapuściłem korzenie w Warszawie i wciąż nie mam żony…
Kazimierz Frieske nie zrobił ze mnie socjologa, choć nauczył mnie wiele. Mam u niego dług wiedzy, którego nigdy nie spłacę.
Panie profesorze. Mam nadzieję, że miejsce, w którym Pan obecnie się znajduje wzbudza w Panu tyle samo ciekawości co konstrukt społeczny, w jakim przyszło nam się spotkać. Jeśli, któreś z przytoczonych anegdot godzi w Pana osobę, lub zapamiętałem ją niedokładnie – proszę mi o tym koniecznie opowiedzieć przy najbliższym spotkaniu, w które wierzę, że nastąpi.

Cześć.
