Czy płatnego zabójcę da się lubić? Zależy. Ale Raya z „Mr Inbetween” – nawet trzeba

„Mr Inbetween” to serial, który balansuje na cienkiej linii między zwyczajnością a brutalnością. Poznajemy Raya Shoesmitha, faceta z codziennymi problemami, które pewnie nie są Ci obce: dorastająca córka wkraczająca w burzliwy wiek, skomplikowane relacje z byłą żoną, niepewność w życiu uczuciowym. A potem jest jego praca. Ta akurat wykracza daleko poza normę. Ray zawodowo zajmuje się tym, czym nie chwalimy się na rodzinnych obiadach: zabija na zlecenie, tropi niewiernych, zdobywa informacje dla półświatka. Wszystko to wykonuje z chłodnym profesjonalizmem, spokojem i opanowaniem godnym chirurga. Niestety, nawet taka precyzja czasem nie wystarcza, by sprawy potoczyły się w pełni po jego myśli, co generuje zaskakujące i często komiczne sytuacje.

Miłosierny Australijczyk z pistoletem

Ray jest dziwnie obojętny. Nie targają nim moralne dylematy przed pozbawieniem kogoś życia, ale też nie czerpie z tego sadystycznej przyjemności. Jego niewypowiedzianą, a jednak wyczuwalną maksymą zdaje się być pragmatyczne „jeśli nie ja, zrobi to ktoś inny”. Bez wątpienia jest mistrzem w swoim fachu, ale daleko mu do mitycznego Johna Wicka, bezdusznej maszyny do zabijania. Ray potrafi być zabawny, rzuca błyskotliwymi ripostami, ale nie jest to heros w stylu Johna McClane’a samotnie ratującego święta w „Szklanej Pułapce”. Przede wszystkim, nie jest też typowym outsiderem z „duszą artysty”. W Rayu nie ma nic ostentacyjnie wyjątkowego, i być może właśnie dlatego tak łatwo widz może się z nim utożsamić. Oglądając „Mr Inbetween”, możesz pomyśleć: „Moje spotkania z eks wyglądają podobnie. To też emocjonalny spacer po polu minowym”, by za chwilę zobaczyć, jak Ray z kamienną twarzą pakuje komuś serię z pistoletu maszynowego. To zderzenie codzienności z ekstremą jest siłą tego serialu.

Dziwny, ale wciągający gatunek

Określenie „dramat/czarna komedia”, choć pojawia się w większości opisów, nie oddaje w pełni unikalnego charakteru „Mr Inbetween”. To raczej zgrabne, zaskakujące połączenie surowości kina Quentina Tarantino z bezpretensjonalnym humorem „Chłopaków z Baraków”, oczywiście z australijskim sznytem. Czym się to objawia?

Serial jest pełen scen i dialogów, które pozornie prowadzą donikąd. Twórcy nie silą się na moralizatorskie tony, nie napychają każdego odcinka spektakularnymi scenami akcji czy patetycznymi monologami. Owszem, zdarzają się momenty, które można by uznać za dłużyzny, ale przy odcinkach trwających zaledwie 25 minut nie bolą one aż tak bardzo. Mam wręcz wrażenie, że nie są one wynikiem braku pomysłu, a celowym zabiegiem. Przyzwyczajony do współczesnych, napędzanych akcją produkcji, widz początkowo podświadomie szuka sensacji, wyobraźnia podpowiada coraz to bardziej „zaskakujące” scenariusze. I tu następuje twist – nic takiego się nie dzieje. Serial zaskakuje właśnie tym, że po pozornie łagodnej sekwencji wydarzeń niekoniecznie nastąpi przełom. Czasem tak po prostu jest, a czasem… no cóż, wtedy Ray wyciąga broń. To momentami przypomina klasyczne kino drogi, gdzie liczy się podróż, a niekoniecznie spektakularny cel, albo nawet egzystencjalne rozważania w stylu Andreja Tarkowskiego, tyle że z większą dawką czarnego humoru.

Po obejrzeniu serialu zaintrygowało mnie jego pochodzenie. Okazało się, że „Mr Inbetween” powstał na fali sukcesu niskobudżetowego filmu „The Magician” z 2005 roku, którego budżet wyniósł śmieszne 3000 dolarów, a jego twórcą jest odtwórca głównej roli – Scott Ryan. Ot, chłop po czterdziestce postanowił nagrać film i wyszło mu to na tyle dobrze, że poważna wytwórnia postanowiła zainwestować w serialową adaptację. To historia, która daje nadzieję wszystkim niezależnym twórcom.

Serial pisany bez algorytmu sukcesu

Współczesna kinematografia coraz częściej zdaje się nie tolerować autorskiego stylu. Scenarzyści otrzymują bardzo precyzyjne wytyczne, często generowane na podstawie bezdusznych algorytmów analizujących popularność określonych motywów. Co określony czas musi pojawić się scena erotyczna, dawka przemocy, czy „głęboka” rozmowa o życiowych wyzwaniach. Chcąc liczyć na Oscara, film musi spełniać coraz bardziej rygorystyczne wymagania „Diversity and inclusion”. Nawet jeśli nakręcisz arcydzieło, ale w ekipie zabraknie odpowiedniej reprezentacji mniejszości, szanse na statuetkę drastycznie maleją.

A wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze w „Mr Inbetween”? To, że ten serial zdaje się ignorować te wszystkie algorytmy i wytyczne. Quentin Tarantino zdobył popularność, bo… miał talent i kochał kino. A największe wytwórnie, jak Marvel, potrafią wypuszczać produkcje, które delikatnie mówiąc, nie porywają. „Mr Inbetween” ma swój własny, unikalny styl, a ten, w przeciwieństwie do przelotnej mody, nie jest wrażliwy na piętno czasu. To serial, który powstał z autentycznej wizji twórcy, a nie z kalkulacji algorytmu.

Podsumowując krótko: to jest serio dobry serial. Świeży, inteligentny, zaskakujący i wciągający. Jeśli szukacie czegoś, co wymyka się schematom i oferuje unikalne spojrzenie na życie płatnego zabójcy z problemami dnia codziennego, „Mr Inbetween” jest pozycją obowiązkową. Polecam z czystym sumieniem (paradoksalnie, biorąc pod uwagę profesję głównego bohatera).

Sebastian Jackowski poleca

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *