Opadłe liście – miłość w Fińskim rytmie

Finowie to ciekawy naród. Pragmatyczni, na pierwszy rzut oka zdystansowani, momentami wręcz karykaturalnie introwertyczni. I właśnie ten naród wydał jedną z najlepszych komedii romantycznych jakie widziałem.

Komedia romantyczna nie kojarzy się z ambitnym kinem. To obok „kina lekturowego” i Marvelowskich blockbusterów gatunek zawsze zapełniający sale kinowe. Przez lata odgrzewane niczym stary kotlet przez serwisy VOD i stacje telewizyjne wywołujący wręcz gastryczne reakcje wśród krytyków filmowych i zdeserowanych mężczyzn podczas walentynkowych godów. Moja recenzja, podobnie jak każdy tekst na tym blogu będzie stronnicza. Ta nawet będzie niemiarodajna – nie widziałem żadnych listów do M.

Fabuła

Jak na komedię romantyczną przystało fabuła Fallen Leaves nie jest przesadnie skomplikowana. Kobieta i mężczyzna z różnych światów mają się ku sobie, lecz nieszczęśliwy ciąg wydarzeń oddala ich od siebie. Love story osadzone jest w klasie niższej pracującej, lecz reżyser nie podkreśla patosu postaci poprzez ukazanie ich warunków ekonomicznych czy egzystencjalnego bólu lumpenproletariatu. Kobieta pracuje w sklepie spożywczym, mieszkając w niewielkim mieszkaniu. Mężczyzna to często zmieniający szefów robotnik. 

Humor

Fallen leaves to komedia, tylko jeśli za komedię uznać twórczość Marka Koterskiego. Owszem – śmialiśmy się na Dniu Świra, jednak był to śmiech przez łzy. Humor w tym filmie jest subtelny, nienachalny. Dla odmiany próżno szukać tu brutalności i wulgaryzmów, które polski widz może znać z filmów Smarzowiskeigo czy Koterskiego. A jednak bawi. Okazuje się, że nie potrzeba przysłowiowej skórki od banana, by rozbawić widza.

Mało słów i miłość bez pocałunków

Aki Kaurismäki to reżyser wyjątkowy. Sam pisze, reżyseruje i kręci swoje filmy. Pierwsze minuty seansu są trudne. Widz przyzwyczajony do dużej liczby efektów specjalnych, dynamicznych cięć i nagłych zwrotów akcji musi zwolnić. Po chwili zmysły wyostrzają się, nabieramy czujności szukając sensu w każdym mrugnięciu bohaterów niczym w Stalkerze Andreia Tarkowskiego. I znów pudło. Mijają kolejne chwile, a człowiek nie wie czemu nieostry obraz i lakoniczne dialogi pochłaniają go tak bardzo. Gdy seans się kończy historia zostaje zdecydowanie na dłużej. Oglądam dużo filmów, ale nie przypominam sobie takiego, o którym nie mógłbym przestać myśleć. Bohaterowie nie mówią o rodzącym się międzynimi uczuciu, nie przekraczają też bariery fizyczności. To skąd wiadomo, że się kochają?. Flirt to sztuka pauz i niedopowiedzeń, o czym doskonale wie reżyser. A miłość, taka prawdziwa to codzienność i szukanie wspólnej drogi i chyba właśnie o tym jest ten film.

Muzyka

I znów, wszystko tu pasuje. Każdy element tego filmu jest spójny i nawet gdybym miał taką możliwość, nie zamieniłbym ani jednej sceny, kadru, czy nuty soundtracku. 

Wiele utworów użytych w filmie to fińskie, trochę nieudolne covery co tylko dodaje mu uroku. Już sam tytuł filmu nawiązuje do szlagieru Autumn Leaves, który jest śpiewany (po fińsku rzecz jasne) podczas przełomowej sceny.

 

Największe wrażenie wywarł na mnie zespół Maustetytöt, który podczas jednej ze scen wykonał utwór Syntynyt suruun ja puettu pettymyksin. Wyobraźcie to sobie. Ciemny, cuchnący potem i tanimi perfumami bar. Na scenie dwie młodziutkie blondynki śpiewają: Jestem wzięniem na wieki. Nawet mój nagrobek jest ogrodzony murem ograniczając swój ruch sceniczny do mrugania. Co ciekawe, duet ten grając na żywo nie rusza się wcale więcej.

Posłowie: Idealna przekąska do filmu?

Salmiakki. Fińskie słodko-gorzko-słone cukierki, które możesz wyłącznie uwielbiać lub nienawidzić. Nic innego nie zda tu egzaminu. 

Dla kogo jest ten film? Jeśli podobał Ci się Stalker Andrei Tarkowskiego, 12 gniewnych ludzi, a jednocześnie nie chcesz wracać do tych filmów przygniecionych ich ciężarem Opadające liście są właśnie dla Ciebie.

Mambo Italiano po fińsku? Proszę bardzo.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *