Kiedy umiera człowiek wolny, kończy się życie pełne niebezpieczeństw, pełne walki, pełne radości. Ale kiedy umiera nędzarz, kończy się tylko wstyd.
To mój ulubiony cytat tego dzieła. Mówiąc o guście literackim miałem na myśli to ,że sam staje się monotematyczny. Odwiedzający tego bloga z pewnością zwrócili uwagę na to, z jaką wzniosłością i zachwytem wypowiadam się o buntownikach. Może we mnie też tkwi ostatnia kropla buntu?
Czy Hłasko był wolny? Z pewnością znał uczucie wolności doskonale. Tylko człowiek który który żyje w kraju z którego wyjazd definiuje się słowem ucieczka może mówić o smaku wolności. Moje pokolenie nie zna tego smaku. Bycie literatem w Polsce nigdy nie należało do łatwych, tym bardziej w okresie stalinizmu. Jednak nie wiele chyba się zmieniło na świecie od tamtego czasu, łatwiej jest być karierowiczem niż idealistą. Ja tego niestety nie umiem.
Jego zapiski przypominają mi połączenie Sergiusza Piaseckiego i Stanisława Grzesiuka. Hłasko był bezkompromisowym pisarzem, z łatwością miażdży jednego z moich ulubionych pisarzy Ernesta Hemingwaya jak również opisywanego na tym blogu Kazimierza Brandysa. Znał całą elitę życia artystycznego powojennej Polski, wśród postaci które spotkał był nawet Roman Polański. Z łatwością obnaża ich pełne alkoholu, a jednocześnie smutne życie. Nie przebiera w słowach, swoje żale przekazuje krótko. Jego wielkim atutem jest wiecznie nie opuszczające go poczucie humoru. W żartobliwy, lecz dosadny sposób zawarł swoiste vademecum jak dostać się do szpitala psychiatrycznego w Monachium czy więzienia. Mimo barwnej osobowości Marek Hłasko jest postacią tragiczną; Emigrant, wieczny tułacz, zapomniany, żyjący na krawędzi ubóstwa pisarz z Polski Ludowej. Żyje i umiera niczym Norwid. Mam nadzieję, że jego twórczość zostanie kiedyś słusznie doceniona. Postać tragiczna, bo kto inny pisze autobiografię mając będąc ledwie po trzydziestce?

